strefa z ograniczoną widocznością
Get Firefox!



Kategorie: Wszystkie | foto | kino | książki | muzyka | polityka | sztuka | słowa | teatr
RSS
niedziela, 10 lutego 2008

Ten film wydaje mi się anachroniczny i niepotrzebny, Owszem, ma kilka zalet, kilka scen wartych zapamiętania i nie cierpiałam, oglądając go, ale ogólne wrażenie jest właśnie takie, kolejny raz niespełnione oczekiwania. Nic tu nie ma dla mnie istotnego, nic. Choć James McAvoy naprawdę ładny, zwłaszcza z profilu.

Powieści nie czytałam, więc męki porównań zostały mi oszczędzone, choć to ponoć naprawdę dobra ekranizacja, twierdzą specjaliści od McEwana. Do których się nie zaliczam i raczej po filmie nie mam motywacji, żeby to zmienić.

***

A przedtem ważny - wreszcie! - teatr, czyli Nordost z Bydgoszczy. I równolegle mój typ literatury lekkiej, łatwej i przyjemnej, czyli Męka twórcza. Rozmowy o życiu psychosomatycznym intelektualistów, pożyczone od chorej B., która zgodziła się wczoraj ratować mnie z depresji metodą serialową (lody i Duma i uprzedzenie w wersji BBC - jako tło, fonię skutecznie zagłuszałam). Pomogło tylko na chwilę, jest fatalnie, tym fatalniej, że myślałam, że to już za mną, przez chwilę było nawet euforycznie, ale nie, zadręczam więc nadal, coraz bardziej nawet, otoczenie i siebie, szukam źródeł i rozwiązań. Dziś pomyślałam, że brak mi właśnie ważnego teatru, ale to akurat nie zależy ode mnie. Ale źródeł jest więcej, splotło się kilka racjonalnych i nieracjonalnych przyczyn, nie umiem sobie poradzić ani z jednymi, ani z drugimi. I gdyby chociaż można było wyłączyć autokomentarz i bezrefleksyjnie się posmucić przez chwilę, a nie cały czas wściekać się na siebie i obśmiewać ten stan beznadziejny...

poniedziałek, 04 lutego 2008

Pierwszy spektal obejrzany w tym roku, zaległość z zeszłego sezonu. Pierwszy warszawski spektakl Michała Zadary i dopiero drugi - po Wałęsie - który oglądam. Uczucia mieszane bardzo i chyba im dalej, tym gorzej o tym myślę. Bo z jednej strony lubię tego rodzaju podejście do tekstu - bardziej wariację na temat niż interpretację, podoba mi się obsadzenie w rolach chłopców aktorów starszego pokolenia (z wyjątkiem Nemeczka, którego gra Wojciech Solarz) i to, co z tego wynika, czyli zupełnie inne spojrzenie na chłopięce gry i zabawy. Ale nie przekonują mnie ci aktorzy właśnie, brakuje mi też dystansu i ironii, które wydają mi się niezbędne w tego rodzaju teatrze. Obecność na scenie suflerki, która ma budować dystans, jest całkowicie sztuczna i przez to strasznie irytująca - w żadnym razie nie działa to jak w spektaklach Pollescha. No i przy tym braku dystansu zabiegi typu "Nasza klasa" w wykonaniu Emiliana Kamińskiego sprawdzają się naprawdę średnio. Ale - żenady nie było, a to już niemało. A miejscami się nawet wzruszałam, choć w stanie obecnej melancholii (tak od wczoraj nazywa się to, co mi doskwiera), niewiele mi trzeba.

***

Na który to stan nie pomogły (lub pomogły na krótko jedynie) kolejne zakupy książkowe (Fuentes, Chatwin, Mishima), nie pomogła kiepska lansiarska impreza ani fajna impreza w genialnym mieszkaniu na Mokotowie, podczas której dowiedziałam się, że nie jestem Polką, skoro nigdy nie byłam w Częstochowie (co za ulga!), ani ostatki przy dziwnych alkoholach (może dlatego, że piłam te niedziwne). Więc wciąż najchętniej zamknęłabym się w domu, spała i czytała - choć wczoraj doszłam do wniosku, że może rzeczywiście to, co czytam nie pozostaje całkiem bez wpływu na ową melancholię - bo po skończeniu Prawdy nieartystycznej Grynberga (której obszerne fragmenty, podobnie jak Strachu, odczytywałam przez telefon, i nie mam już siły ich tutaj przepisywać) zamiast po Mishimę, jak miałam zamiar, sięgnęłam po My z Jedwabnego, odkładane od trzech już chyba lat (i tak miałam czytać, to prawda, ale w jakimś odstępie niewielkim). Wessał mnie znowu mój temat-obsesja, zaznaczam sobie kolejne książki do zdobycia / przeczytania, ustalam kolejność czytania tych, które jeszcze stoją na półce, i zupełnie nie mam ochoty na nic, co jest choć trochę mniej serio / mniej ważne.

czwartek, 31 stycznia 2008

a będzie chyba znaczenie gorzej - cytat z Hamleta, wynaleziony przez p. i jakże adekwatny do sytuacji ogólnej i szczególnej. Adekwatny - mimo chwilowej skuteczności jedynego sensownego sposobu na chandrę, czyli zakupów w składzie taniej książki. 13 tytułów, w tym kilka czytanych, ale takich, które trzeba mieć (Pływak Zsusy Bank), Memorbuch Grynberga, który właściwie wypadałoby wznowić na rocznicę Marca (jesli nie dlatego, że takie ksiązki powinny być dostępne ciągle), ale że nikt tego nie zrobi chyba, to cudem wyłowiony egzemplarz w ramach kompulsywnego dawania-w-prezencie-ważnych-dla-mnie-książek w świat powędruje, środkowoeuropejskie powieści Czarnego, Absolutna amnezja Filipiak, Tristram Shandy (biblia ironistów - skomentował p. - nic dziwnego, że nie czytałam, przecież jestem pozbawiona zmysłu ironii, proszę mi zrobić koszulkę z takim napisem na kolejne urodziny). Przez chwilę życie ma sens...

poniedziałek, 28 stycznia 2008

Jedyne dwa filmy, które zdołałam obejrzeć w tym roku (no nie jest dobrze, wiem, w teatrze nie byłam ANI RAZU!). I oba to mniejsze lub większe rozczarowanie - w obliczu oczekiwań rozbudzonych przez recenzje entuzjastyczne (Motyl) lub głosy znajomych (Karmel). Jeśli chodzi o Motyla - wszystko prawda, co napisano - że zdjęcia fenomenalne, że nie czułostkowy, że brak szantażu emocjonalnego, że chwilowo zadziwiająco zabawny. Tylko z powtarzającym się określeniem "przejmujący" nie potrafię się zgodzić, bo mnie właśnie nie przejął zbytnio, albo - jeśli to w ogóle ma sens - obiektywnie tak, subiektywnie nie. Ale ja nie od dziś mam problemy z empatią. Tylko wątek ojca (i Max von Sydwow w tej roli) poruszający, tak.

Karmel - to przypadek mniej skomplikowany, błahy filmik po prostu, eksploatujący dość natrętnie "kobiecość" - przypomniało mi się w trakcie jego oglądania, że nigdy nie czułam się "kobiecą kobietą", więc. Ale są przebłyski, oczywiście, znowu wątek starych ludzi przemawia do mnie najbardziej, i jakiś kontekst kulturowy do rozważąń dostajemy w końcu. I czysto subiektywnie wątek masochizmu uczuciowego też do mnie trafia, niestety. No i ogólny smutek istnienia to też coś, no co nie jestem niewrażliwa. Ale generalnie - słabo.

Do zobaczenia: Persepolis, Ostrożenie, pożądanie, XXY (jeśli po recenzji p., że to "tendencyjne latino", jeszcze motywację znajdę) i Amerykański gangster.  

*** 

A poza tym smutek i bezsens, i o ile ze swoją depresją jeszcze sobie jakoś radzę i sądzę, że udaje się ją ukryć nawet, to cudza jest chwilami tak upiornie zaraźliwa...

Ale czytam przynajmniej - skończyłam Strach dzisiaj. Na razie pozbierałam linki do tych nielicznych sensownych głosów w dyskusji o (czy raczej nagonce na), na napisanie czegoś przyjdzie pora później.

00:03, maiaki , kino
Link Komentarze (2) »
środa, 02 stycznia 2008

Sylwester na Ząbkowskiej miał jakis swoisty urok, coś zaskakująco małomiasteczkowego, do tego wszyscy uśmiechnięci i wyluzowani, przedtem Mokotów, skąd najchętniej wyszlibyśmy z psem, potem makaron u Terry i buszowanie po regale (zaktualizowany plan lektur po tej wizycie: Lektury nadobowiązkowe Szymborskiej, Poparzone dzieci Ameryki i Bauman; Raptularz Raszewskiego i Opalskiego o Swinarskim ukradnę następnym razem; dawno nie miałam tak silnego odruchu chwytnego na widok czyjegoś regału, co mnie zaintrygowało i uświadomiło, że rzadko bywam w cudzych mieszkaniach). Było miło, dużo dobrej energii, choć nadal się nie wytańczyłam, a życzenia Artura ("Żeby ci się spełniło to, co dla ciebie najlepsze, a nie to, czego sobie życzysz") wciąż budzą mój protest. Bo upieram się przy tym, czego chcę, choć nie wierzę, że się spełni.

A nowy rok zaczęłam od ślęczenia nad dość upiornymi tabelkami (oczywiście nocą, bo po co w dzień?!), co w dodatku jest źródłem dość perwersyjnej przyjemnści. No dobrze, nie tabelki, tylko projekt, który się za nimi kryje, ale i tak nie jest ze mną dobrze...

[foto uzależniony od aparatu bigqlak - dzięki mu za to :)]

niedziela, 30 grudnia 2007

Znowu książki-prezenty, choć o nieco nietypowych losach:

+ Persepolis II Marjane Satrapi poczta przysłała po wigilii, więc na razie nie zostało wręczone (właściwie chętnie bym sobie zatrzymała, ale skoro nie mam części I...) Część pierwszą czytałam dokładnie rok temu, również w ramach testowania prezentu. I uznałam ją za jak najbardziej ok, ale jednak - nie będąc fanką i znawczynią komiksów - żałowalam, że taki materiał nie został wykorzystany w powieści. A tym razem żadnego niedostytu, wreszcie forma i treść zgodziły mi się doskonale. Fabularnie są to emigracyjne losy Marjane i historia jej powrotu (nieostatecznego) do Iranu. Ale jest to też historia dorastania dziewczyny i - znów - piękna opowieść o rodzinie. A to wszystko z właściwum Satrapi gorzkim humorem. Do zapamiętania!

+ Gdybym ci kiedyś powiedziała Judy Budnitz - powieść, którą sama sobie podłożyłam pod choinkę, żeby nie frustrować się zbyt małą liczbą książkowych prezentów. Na szczęście tym razem rodzina stanęła na wysokości zadania (bo już na wszystkich zdążyłam nakrzyczeć, że nie przyjmuję argumentu: "Bo nie wiadomo, czego ty nie masz". Nic nie mam, mało książek kupuję ostatnio! Poza tym cała sztuka polega na tym, żeby znaleźć coś nieoczywistego, czyż nie? A najgorszym razie można wymienić przecież...), nawet Młodociana podarowała mi pierwszą w życiu książkę z mojej ulubionej serii Czarnego "Inna Europa", więc czytałam Budnitz z takim uczuciem, że to nie jest pełnoprawny prezent, mogę nim rozporządzać i oddać komuś, komu nada się bardziej. Bo długo nie byłam w stanie odnaleźć się w tej książce. Ale wreszcie zaskoczyło i to mocno - chyba w momencie, kiedy tematem stała się sama opowieść i jej zniekształcanie, ma się swoje obsesje.

To jest taka trochę amerykańska Tokarczuk, co w moich ustach niekoniecznie musi być komplementem, ale tym razem jest. Przeplatające się kobiece opowieści - z których pierwsza długo wydaje się osadzona w jakimś baśniowym bezczasie, by powoli odsłonić historyczny konkret Europy Środkowej międzywojnia, a potem emigracji do Ameryki. W części amerykańskiej realizm pozornie zwycięża, ale przecież nie do końca (wątek sprzątaczy!). I to dyskretne wyłanianie się realnych wydarzeń z baśniowości - najpierw I wojny światowej, która jest już przesżłością, potem Holocaustu - było dla mnie przejmujące. I opowieść jako temat - o tym już wspomniałam. I więź córka-matka, bunt kolejnych pokoleń przeciw matce. Ale też jakaś degeneracja, która niwątpliwie następuje. Jak ją rozumieć: jako degenerację świata, więzi międzyludzkich, kobiecości - rozumianej jako co? Nie mam na to odpowiedzi, albo tylko nie potrafię/nie chcę ich werbalizować. Tak czy inaczej - uwiodła mnie ta książka - nie bez zastrzeżeń, nie od pierwszej strony, w jakimś sensie niemal od ostatniej, choć podprogowo już wczaśniej. Nie oddam.

***

A poza tym: skoro świąta i udało się urwać z pracy, to przecież nie mogę tak po prostu cieszyć się wolnością i spędzać czasu w Zachęcie, czyli: chorowałam. W zwiążku z tym się nudziłam. W związku z tym poustawiałam książki - wreszcie, po chyba ośmiu miesiącach od dokupienia dwóch regałów. I było to chwalebne, choć tony kurzu niewątpliwie mają jakiś wpływ na drogi oddechowe. Ale: dokonałam trochę odkryć (jako wzrokowiec nie zapamiętuję książek, które nie mają miejsca na półce) i wysortowałam trochę książek do wyekspediowania z domu. Część - kierunek antykwariat, a część - do rozprowadzenia wsród znajomych. No i czymś trzeba się wykupić w bibliotece za przetrzymywanie książek. Wśród których własnie znalazłam Bölla Kobiety na tle krajobrazu z rzeką - i przypominma sobie, za co go tak cenię, choć to chyba nie będzie moja ulubiona książka. I dlaczego właściwie nazywa się to powieścią, a nie dramatem? A dalszy nieuporządkowany plan lektur na najbliższy czas:Kurt Lewin, Grynberg, Bikont, Klemperer, czyli monotematycznie, ale też Terezia Mora i może jakaś Atwood. Chwilowo odstawiłam rower i cieszę się czytaniem w środkach komunikacji miejskiej.

A dziś w Warszawie słońce i chyba dlatego chodziłam po mieście, uśmiechając się do siebie BEZ powodu. Bo choć z wierzchu dużo śmiechu, to ogólnie raczej smutno - we wszystkich rejonach życia. I nawet nie mogę tego zrzucić na zimową depresję - brak światła nigdy nic mi nie robił, a mgły uwielbiam (wspomnienie Jeziora Bodeńskiego).

poniedziałek, 17 grudnia 2007

Dojczland Andrzeja Stasiuka w ramach czytania prezentów przed ich wręczeniem pochłonięte - bo jest to książka na jeden kęs. Stasiuka wielbicielką nigdy nie byłam, Jak zostałem pisarzem lubię bardzo, inne rzeczy mniej, nie wszystko czytałam i nawet nie jestem pewna, czego nie. Po Babadag chcę teraz sięgnąc wreszcie, bo mam wrażenie, że klimat podobny do Dojczland. Z czego już wynika, że rzecz mi do serca przypadła. Bo też jak mogło być inaczej, skoro całej książce zdaje się przyświecać zdanie: Żeby ocaleć, czasami piję, czasami porównuję - wypowiedziane w kontekście oswajania rzeczywistości za pomocą porównywania dworca w Stuttgarcie do bukaresztańskiego Gara de Nord. I skoro cała przesycona jest przecudowną autoironią, jak w tym fragmencie: Patrzyłem i rozmyślałem o Nieczech jako kraju formy. Ach - powtarzałem sobie w duchu - gdyby nie forma, nie bardzo byście wiedzieli, co zrobić ze swoim niemieckim istnieniem. Niemieckość rozerwałaby was na strzępy. Czysta niemieckość zagoniłaby was w kozi róg człowieczeństwa, stawiając wam pytania, na które nie ma odpowiedzi. W tamtych czasach, w czasach Stuttgarter Platz, rzucałem palenie i antropologiczna egzaltacja była dla mnie czymś codziennym. [Ja niestety nie mam równie dobrego alibi dla własnej antropologicznej egzaltacji].

A o czym to jest? Wbrew temu, co napisał Dariusz Nowacki, niewątpliwie jest to książka o Niemczech. I w tej warstwie jest dla mnie może najciekawsza tam, gdzie nie zgadzam się z obserwacjami "literackiego gastaarbeitera". Ale jak określić całą tę resztę, o której to jest może jednak bardziej? Nie podejmuję się, bo grozi to popadnięciem w innego rodzaju egzaltację.

Tylko chwilowe uczucie ulgi, że znów z zachwytem jestem w stanie czytać powieść, szybko ustąpiło miejsca konstatacji, że to mimo wszystko nie jest pełnoprawna fiction, do której niechęć się utrzymuje (ostatnio niedoczytana powieść - Barabara Radziwiłówna z Jaworzna-Szczakowej - ale tu winne może być czytanie Witkowskiego, które zabiło przyjemność własnej lektury). Wracam więc do czytania na dobranoc esejów z Nowych zjawisk w sztuce polskiej.

***
A poza tym:

+ Wiedeń dostojny i nudny (no dobrze, pora roku i zmęczenie nie sprzyjało przyjaznym reakcjom, ale myślę, że to naprawdę nie nie jest miasto dla mnie, zapewne pomijając galerie).

+ Lew w zimie przepięknie wyreżyserowany, ale ja nie potrafiłam oderwać się od tekstu, który jest żaden.

+ Katyń nie okazał się filmem, za którego obejrzenie trzeba dopłacać, darmowe zaproszenie w pełni wystarczyło. Ale do tego filmu też najbardziej pasuje mi określenie "żaden" - ilustracja, rzetelna, ale nic więcej. I wniosek szerszy: że naprawdę nie wiem, co może dać na dziś to zajmowanie się odwiecznymi polskimi tragediami. Pewnie, że lepiej jest wiedzieć, niż nie wiedzieć, ale nie sądzę, żeby pod wpływem takiego filmu ktoś naprawdę zapragnął zgłębiać historię, a co z tego może wynikać poza tym? Z okazji 13 grudnia na ulicach zawisły plakaty z napisem: "Historia tworzy naszą tożsamość". No więc ja to kontestuję i tyle. Za to znowu ktoś dostanie ode mnie Niewinnych czarodziejów - takiego Wajdę uwielbiam.

+ Na Watch Docs dwa filmy: Starbuck. Holger Meins i Polak w szafie Żmijewskiego. Pierwszy trafił mi fazę uzupełniania wiedzy o RAF, ale się do niego nie przyczynił. Pomijając kilka ujęć dokumentalnych (Meinhof w telewizji, Rudi Dutschke na pogrzebie: Holger, der Kampf geht weiter!) nie pokazał mi ten film nic, czego nie wiedziałbym już do dawna. Za to Polak w szafie dobry, ważny, choć bez kontekstu odczytu Joanny Tokarskiej-Bakir w TR nie odebrałabym go chyba odpowiednio. Czekam niecierpliwie na jej książkę Legendy o krwi. Antropologia przesądu, która powstała w wyniku badań wokół Sandomierza, i wtedy może wrócę tu do elementów wiążących się z tym tematem. Na razie polecam wywiad ze Żmijewskim.

+ Rewelacyjny koncert w CSW w ramach Lakmus Projekt. Jak wiadomo, nie mam narzędzi, żeby wypowiadać się o muzyce, więc napiszę tylko: prawykonanie Tell me about Hanny Kulenty i świetny Mike Svoboda!

+ Nadal gotowa jestem kłócić się o Szewców u bram - z każdym, zawsze i wszędzie: z ulubionym krytykiem w radakcji ulubionej/znienawidzonej gazety, przy obiedzie w Green Wayu, w kuchni u Ormussa, stojąc? siedząc? pod lodówką, zanim całkowicie nie stracę kontaktu z otoczeniem (Ormussie, spełniam postulat zawoalowanej notki. Choć właściwie wyszło dość wprost, ale za to ginie w słowotoku nagłym). Może jest tak, że wyjmuję z tego spektaklu to, co w niego wkładam, a może naprawdę z tego zderzenia Klaty z Sierakowskim, w którym każdy gdzie indziej upatruje zwycięzcę i manipulatora, wyszło coś wartościowego. Na pewno coś, co mnie bardzo dotyczy/dotyka. Choć nie trzeba wierzyć tej naiwności, którą ujawniam, mówiąc o sprawach, które są tematem Szewców - to naiwność zaprojektowana, mająca bronić przed oczywistym cynizmem.

+ I konstatacja w wyniku pisania tej notki: moje szczątkowe obecnie życie kulturalne toczy się w trójkącie: TR - CSW - Luna (najsłabszy punkt). Przy czym do CSW chodzę na filmy i koncerty, zamiast na wystawy - w tej dziedzinie poważne zaległości. Plus Praga naturalnie, choć czy w tym przypadku można mówić o życiu kulturalnym? Żartuję oczywiście, bo dziś chociażby po raz pierwszy Akademia Ruchu, Chińska lekcja. I ok, ale bez zachwytu.

+ Frustruje mnie blog ostatnio, a konkretnie jego agonia, "dwa zdania codziennie", pomyślałam niedawno. Ale tak się nie da, jak już piszę, to logorea. I co z tym zrobić? 

piątek, 16 listopada 2007

Jeszcze dziś rano Manchester, pojutrze Wiedeń, i wszystko w kontekście teatralnym. No dzieje się, nie da się ukryć, bo w Polsce też wszystko inne niż cisza i spokój.

Manchester bardzo mi przypadł do serca, jak w każdym normalnym mieście kolorowo na ulicach, plus jakiś luz i zdrowy rozsądek (czyli pozytywny stosunek do rowerów i przechodzenie na czerwonym świetle). Do oglądania niby nic konkretnego, ale to nic konkretnego jakie fajne - to jest idealne miasto dla architektonicznych freaków, tylko do każdego niemal budynku przydałby mi się przypis. Absolutna dominacja czerwonej cegły - w wersji podmiejskich szeregowców jednak przygnębiająca, w centrum - fascynująca w wielości swoich zastosowań i czasu powstania zbudowanych z niej budynków. Fajne, żywe miasto, takie, jak lubię. Tylko dlaczego te puby tak wcześnie zamykają?!

Fotki trochę przypadkowo wybrane na teraz, na już, bo czasu brak, a część wymaga kadrowania, troskliwego przejrzenia.

Takie np. zestawienia architektoniczne mnie ujęły natychmiast:

To właściwie też z tego rodzaju, a katedra robi wrażenie:

Na przejażdżkę na kole pożałowałam 6 funtów (a widok z niego musiał być wspaniały), ale obfotografowałam skrupulatnie, choć rzadko wprost. Obiekty dodatkowe - kwiaty/wiatraki - też fajne:

Drobna rzecz, ale nieodparcie kojarzyła mi się z Transferem Kozakiewicza:

Contact Theatre:

China Town raczej rozczarowujące, choć łuk dość efektowny:

No i zaraz święta - kiczowaty Mikołaj siedzi na budynku ratusza:

sobota, 03 listopada 2007

Są takie książki, które powinien publicznie czytać tylko autor. Czy raczej tacy pisarze, którzy powinni mieć wyłączność na czytanie swoich książek. Michał Witkowski jest takim pisarzem, co wiadomo nie od dziś, ale o czym osobiście i na żywo mogłam się przekonać dopiero oglądając Barbara Radziwiłłówna Show.

Książkę kupiłam - z cichą nadzieją, że ona poradzi sobie z wciąż trwającą niechęcią do beletrystyki (ups, dopiero teraz zobaczyłam, że wcześniej pisałam o niechęci do non-fiction, a tymczasem jest dokładnie odwrotnie - to literackiej fikcji nie mogę znieść).

piątek, 19 października 2007

W to właśnie zamieniam powoli tego bloga. Ale w dobrej sprawie. Ja tam będę w każdym razie:

poniedziałek, 15 października 2007

Żyję.

Czytam Boga urojonego Dawkinsa i reaguję nieco przekornie, ale też mam złośliwą ochotę na wciąganie wierzących w polemikę z jego argumentami.

Wciąż mam niechęć do fiction - nie skończyłąm Placu zabaw Marka Kochana (i nie mam ochoty kończyć) ani Instynktu gry Juli Zeh (skończę).

Oglądam trochę (mało!) filmów na WMFF i na razie przytłaczają mnie seksualno-mięsne obsesje reżyserów, ale na szczęście filmy izraelskie dają radę (Bańka mydlana, Wizyta orkiestry).

Widziałam Zaratustrę i - nie lubię Lupy, nie lubię teatru.

Ale - bardzo chcę jechać na Medeę do Wrocławia. Nie mam biletu, nie mam czasu, ale jadę (chyba).

Robię fajną imprezę, co niebezpiecznie mnie kręci. Niebezpiecznie, bo to uczucie wolności w realizowaniu własnych pomysłów uzmysłowiło mi, że w pracy moja wolność jest jednak znacznie ograniczona - przynajmniej w obszarze, który fascynuje mnie najbardziej.

Dostałam dwie ciekawe propozycje zawodowe, które po pierwsze muszę potraktować jako potężny komplement, a po drugie - jeśli wszystko wypali, a ja w to wejdę - będą one oznaczały chyba ostateczną konieczność oduczenia się snu.

Przeprowadzam rozmowy kwalifikacyjne z osobami o dziewięć lat młodszymi ode mnie (aha, zdążyłam też skończyć trzydziestkę i dobrze mi z tym :).

Zaczęłam chodzić na tai chi i na razie nie uspokaja, nie poprawia koncentracji, ale zaczyna wciągać - chyba zostanę.

Poza tym: czasem euforia, czasem zadziwiający mnie totalny spokój, czasem trochę smutno.

poniedziałek, 24 września 2007
środa, 19 września 2007

Czasu wciąż brak, ale przecież coś mi się już udało w tym sezonie zobaczyć.

+ Bash z Łodzi w ramach Hajdparku w Wytwórni. Poszłam, bo głupio było tak całkiem ominąć Hajdpark i dlatego że znam wersję TR-ową i ciekawa byłam porównania. No i zasadniczo w porządku, oszczędnie, nieźle zagrane, ale niestety jeśli się zna fabułę, to nic więcej już z tego nie wyniknie. Bash Jarzyny mnie swego czasu trzepnął mocno, treścią i formą. Być może treść rzeczywiście ma moc jednorazową, a podział widowni na trzy sale i wykorzystanie projekcji mogłabym dziś uznać za fajerwerki, kto wie. Ale właśnie poszukiwań formalnych zabrakło mi w łodzkim Bashu.

+ Pippi Pończoszanka w Dramatycznym. Szalony spektakl familijny. Przez pierwszą część trochę się jednak dystansowałam, ale w drugiej ostatecznie oddałam głos wewnętrznemu dziecku i bawiłam się świetnie. Zabawny, bezpretensjonalny, ładny wizualnie i świetnie zagrany (Dominika Kluźniak!) spektakl. Chyba pierwszy spektakl Agnieszki Glińskiej, który naprawdę doceniam. Mój ulubiony fragment to Pippi przepytująca kolegów z NIEznajomości dodawania: Czy ktoś ma niewiedzę w tym zakresie? Jest niewiedza? O, widzę, że nieśmiało, ale jest!

+ Blackbird Davida Harrowera w reżyserii Grażyny Kani w Dramatycznym. Zaległość z poprzedniego sezonu, przykre zderzenie rzeczywistości ze sporymi oczekiwaniami. Bo spotkanie po latach molestowanej w dzieciństwie dziewczyny i jej prześladowcy i łącząca ich skomplikowana więź to świetny materiał na gęsty, niepokojący film psychologiczny, ale w teatrze - "nic nie męczy mnie bardziej niż psychologia" (Pollesch). Więc patrzyłam sobie dość obojętnie niestety na coś, co wydało mi się raczej teatrem telewizji, na świetnie grających aktorów (Adam Ferency, Julia Kijowska), których gry nie mogłam znieść. Zdaje się, że etap "podoba mi się tylko Pollesch i Komuna" wciąż trwa.

***
A poza tym: momentami zupełne szaleństwo, zawalanie terminów i poczucie winy z tego powodu. I z drugiej strony - rozpierająca radość, taka, którą się chce wykrzyczeć!

środa, 05 września 2007
Znaleziony w sieci fragment koncertu Pink Freud.
poniedziałek, 03 września 2007

Mizrach to minifestiwal pod Ohelem, w miejscu, gdzie niedługo stanie Muzeum Historii Żydów Polskich. Dwa dni koncertów inspirowanych muzyką żydowską. Dotarłam tylko na część niedzielną, kiedy to zagrali:

Mitch & Mitch, czy też jak woleli nazywać się dziś: Milch & Milch. Micze raczej mnie nie porywają, tak było i tym razem.

Pink Freud, który fenomenalnie zagrał pieśni bundowskie - dla mnie był to najlepszy z dzisiejszych koncertów. Chcę więcej!

Shofar - słyszany po raz pierwszy podczas koncertu w TR, po którym oświadczyłam, że chcę znów i to koniecznie na dużej scenie). I jeśli piszę, że Pink Freud był dziś dla mnie najlepszy, to nie znaczy, że Shofar rozczarował. Po prostu poprzednio nie wiedziałam, czego się spodziewać, i trio Trzaska, Rogiński, Moretti całkowicie mnie zaczarowało, dziś szłam już z konkretnymi oczekiwaniami, których zespół nie zawiódł. W każdym razie i Pink Freud, i Shofar przysłowiowe ciary wywoływali momentami, spotęgowane dodatkowo przez miejsce, zupełnie przecież nieobojętne.  

A na koniec był jeszcze Raphael Rogiński solo - wolał zagrać, niż coś powiedzieć (do czego został wezwany jako pomysłodawca i dyrektor festiwalu).

Teraz Shofar rozbrzmiewa z głośników (dzięki PP, którzy wypatrzyli, że można kupić płytę), a ja po przeczytaniu relacji w GW żałuję, że nie dotarłam wczoraj. I myślę (nie tylko pod wpływem koncertu), że po Muzeum można spodziewać się bardzo twórczego działania.

***

A aparat trochę (ale tylko trochę) zakłóca percepcję (tzn.uprzywilejowuje wzrokową kosztem słuchowej).

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 24